Sloganowy rap w stylu polskiego mainstreamu
Typ zadania: Reklama / slogan
Dodane: godzinę temu
Bez Trybu Offline
Odpalam noc i wyciszam telefony, nie chcę dziś słuchać nikogo Za dużo gadają o drodze na szczyt, a nigdy nie zeszli na drogę pod górę Starego mnie już dawno tu nie ma, został po tamtym co najwyżej kontur Dzisiaj jak wchodzę, to wchodzę po swoje, nie po poklask, ukłon i kulturę
Poluję na moment, co zmienia życiorys, i łapię go pewnie za kołnierz Od bloku do studia, od studia do planów, a los mi się kręci jak kompas Lubię te panny, co dbają o detal, nie lecą na obraz, lecz oddech A szmaty z pozą na królowe sezonu odpadają szybciej niż problem
Po co ty liczysz cudze porażki, jak swoich sukcesów nie umiesz unieść Po co się karmisz czyimś nazwiskiem, jak własne ci ciąży, gdy trzeba coś dowieść Ja opinie słyszę, lecz filtr mam mocny, bo każdy tu sądzi z kanapy Jeden chce uczyć mnie życia i gry, a sam się potyka o własne etapy
Jak się odpalę, to wersy jak pociąg, bez stacji po drodze do celu Mam jedną znajomą, co pisze z Pomorza, i drugą, co siedzi w Brukseli Mój brat mi powiedział: "Nie biegnij za każdą, co świeci jak witryna w galerii" Bo połysk to połysk, a przyjdzie zła pora i pierwsze, co znika, to chęci
Może nie zrobię pod to milion trendów, ale i tak to buja osiedle Powoli zabieram, co miało być moje, nie biorę na kredyt już nerwów Straciłem za dużo, by teraz się łamać przez kilka spojrzeń i śmiechów Dzisiaj mam spokój cenniejszy niż złoto, i twardy kark zamiast blefu
Lepiej niż wczoraj, to fakt, nie poza, już nie potrzebuję im liczb Niech sobie liczą odsłony i dramy, ja liczę, ile mam ciszy Byłem tam, gdzie się mówi za dużo i mało kto umie coś przeżyć Teraz jak siadam do bitu, to czuję, że znowu oddycham na świeżym
Nie podbijam do lalek przy barze, bo szkoda mi czasu na teatr Te, co wyczują tę aurę, podejdą, bez gry na spojrzenia i metki Nie trzeba mi rekwizytów i dymu, by czuć, że naprawdę mam ciężar Ja stawiam na siebie od dawna, a reszta niech stawia na plotki i setki
Czarny koń, ale biegnę na pewniaka, nie z łaski, tylko z roboty Twój ziomal jest królem opowieści, lecz nie ma czym spłacić swej kwoty Tak wielu chce błyszczeć na pokaz, a gaśnie, gdy trzeba mieć ogień w środku Ja wolę być cichy i groźny, niż głośny i pusty jak slogan w ogródku
Kiedy prawda jest naga, to siada naprzeciw i patrzy mi prosto w źrenice Nie muszę jej ubrać w ozdoby, bo i tak najlepiej wygląda w prostocie Siada tam, skąd wychodzi mi mowa, i łapie każde niedopowiedziane Przez to już rzadziej się tłumaczę ludziom, co przyszli ocenić, nie poznać
Coraz mniej mówię, coraz więcej robię, taka ironia dorosłych dni Kiedyś bym palił mosty dla dumy, dziś wolę po prostu stamtąd wyjść Z dnia na dzień bardziej obojętny na szum, którego nie da się sprzedać Bo wiem, ile kosztuje skupienie, gdy wszystko dookoła chce cię rozebrać
Odpalam bit i wyłączam im dostęp, nie chcę dziś słuchać nikogo Jeśli mam dźwigać ten ciężar sam, to zrobię to sam, nie wołając nikogo Za gęsto w głowie mam cały tydzień, lecz nadal to trzymam za gardło Oni wciąż siedzą, gadają o ruchach, a nigdy nie zrobili żadnego naprawdę
Za dużo tam min i za mało charakteru, za dużo póz i za mało prawdy Jeden chce wejść mi do butów, a nie umie nawet zawiązać swoich sprawnych Drugi chce radzić, jak budować markę, a sam się rozsypał przy starcie Trzeci ma armię opinii w komentarzach, a w życiu ucieka od starć, nie starcza
Ja nie mam czasu już bawić się w sądy, kto lepszy, kto pierwszy, kto modny Wolę dopisać kolejne szesnaście i zniknąć, nim zrobi się tłoczno Nie byłem z tych, co dostali na tacy, więc nauczyłem się gryźć po cichu I nawet jak milczę, to ludzie to czują, bo głód mam wpisany w oddechu
Pamiętam te noce, gdzie myśli jak pociąg bez hamulców pruły przez skroń I każda porażka chciała mi wmówić, że lepiej odpuścić niż iść pod prąd Ale zbyt długo już stałem w cieniu, by teraz się cofnąć przez czyjś ton Dzisiaj jak patrzę na lustro, to widzę faceta, co zrobił z ruin swój dom
Nie każda, co piękna, ma serce, nie każdy, co głośny, ma rację Nie każdy brat, co przybija ci piątkę, zostanie, gdy spadniesz za bandę Dlatego selekcja jak nigdy, mam mało, lecz pewnych przy sobie na planszy A ci, co się śmiali, dziś patrzą ukradkiem, bo jednak ten dzieciak coś znaczy
Odpalam noc i wyciszam telefony, już nie chcę słuchać nikogo Jeżeli się światło wypali nade mną, to sam sobie zrobię je sobą Mam tyle na głowie, że ledwo to niosę, lecz nadal to trzymam wysoko A oni? Siedzą i mówią, i mówią — nic dziwnego, że boli ich to, co nie przyszło.

Oceń:
Zaloguj się aby ocenić pracę.
Zaloguj się