Relacja z dnia w laboratorium
Rodzaj zadania: Zadanie domowe
Dodane: dzisiaj o 12:22
Streszczenie:
Przeczytaj relację z dnia w laboratorium i poznaj przebieg pobrań krwi, pracę Magdy oraz szkolny język opisu wydarzeń.
Poranek w laboratorium
Drzwi punktu pobrań otwarto punktualnie o siódmej. Jeszcze kilka minut wcześniej wąski korytarz był już niemal pełny: starsze małżeństwo z numerkiem w dłoni, młoda matka z kilkuletnim synkiem, mężczyzna w roboczej kurtce, studentka z książką pod pachą, dwie seniorki rozmawiające półgłosem o wynikach badań. Tego dnia wszystko od początku układało się inaczej, niż powinno. Druga laborantka zadzwoniła przed świtem, że rozłożyła ją gorączka i nie przyjedzie. Została tylko ona — Magda, najmłodsza w zespole, świeżo po studiach, staranna, opanowana i bardzo ambitna.
Ubrana była elegancko, może nawet zbyt lekko jak na tak intensywny dyżur: krótka sukienka pod białym fartuchem, cienkie rajstopy, włosy upięte wysoko, żeby nie opadały na twarz przy pracy. Kiedy podniosła roletę w okienku rejestracji, usłyszała od razu kilka głosów naraz.
— Dzień dobry, od której pobrania? — Ja tylko na czczo, szybko pójdzie? — Proszę pani, ja mam skierowanie pilne! — A dziecko może wejść bez kolejki?
Magda wzięła głębszy oddech, uśmiechnęła się zawodowo i odpowiedziała spokojnie:
— Dzień dobry państwu. Będę przyjmowała wszystkich po kolei. Proszę przygotować dowody osobiste i skierowania. Postaram się, żeby szło sprawnie.
Pierwsi pacjenci weszli niemal natychmiast. Najpierw rejestracja, potem przygotowanie probówek, etykiet, dezynfekcja stanowiska, pobranie krwi, instrukcje, kolejna osoba. Ruch zamiast maleć, narastał. O wpół do ósmej kolejka wychodziła już na schody.
— Proszę usiąść i podać lewą rękę — mówiła Magda do starszego pana. — Pani sama dzisiaj? — zapytał, patrząc na pusty drugi fotel. — Tak się złożyło. Damy radę. — Oj, to współczuję. Tyle ludzi od rana. — Dziękuję, najważniejsze, żeby sprawnie poszło.
Pan skinął głową. Magda pobrała krew szybko i pewnie.
— Gotowe. Proszę przycisnąć gazik i zgiąć rękę. — Taka młoda pani, a jak fachowo. — Miło mi, proszę następnego.
Na początku nawet nie zwracała uwagi na sygnały z ciała. Rano wypiła kubek herbaty i szklankę wody, bo wiedziała, że czeka ją intensywny dzień. Teraz, po godzinie pracy bez chwili wytchnienia, poczuła pierwsze lekkie ukłucie dyskomfortu. Nic wielkiego. Uznała, że wytrzyma do krótkiej przerwy między falami pacjentów. Tyle że żadnej przerwy nie było.
Do gabinetu weszła matka z chłopcem.
— Dzień dobry, on bardzo się boi — powiedziała kobieta. — Jak masz na imię? — spytała Magda, kucając przy dziecku. — Kuba. — Kuba, to zrobimy tak: policzysz do trzech i już będzie po wszystkim. Zgoda? — A będzie bolało? — Tylko troszeczkę, jak uszczypnięcie komara.
Chłopiec spojrzał nieufnie, ale podał rękę. Magda mówiła do niego miękko, z cierpliwością. W środku coraz mocniej czuła jednak rosnącą potrzebę, która przestawała być jedynie drobną niedogodnością.
— Raz, dwa, trzy... gotowe — powiedziała. — Już? — zdziwił się Kuba. — Już. Byłeś bardzo dzielny. — Dziękujemy — odetchnęła matka. — Pani to ma anielską cierpliwość. — Dziś się przydaje — odpowiedziała z bladym uśmiechem.
Gdy tylko drzwi się zamknęły, Magda odruchowo ścisnęła uda i oparła dłoń o blat. Spojrzała na zegar. Było dopiero kilka minut po ósmej. Do końca największego porannego ruchu zwykle zostawała jeszcze ponad godzina. Zerknęła przez szybę na poczekalnię i poczuła ukłucie bezradności — ludzi było jeszcze więcej niż wcześniej.
Zawołała kolejną osobę.
— Numer piętnaście, proszę.
Weszła starsza pani w granatowym płaszczu.
— Ojej, dziecko, ty taka blada jesteś — zauważyła od razu. — Wszystko w porządku, proszę usiąść. — Na pewno? Może ci ktoś pomoże? — Niestety, dziś jestem sama.
Starsza pani westchnęła.
— To niedobrze. W takich miejscach człowiek powinien mieć wsparcie.
Magda przykleiła etykietę do probówki, ale poczuła, że ręka drży jej od napięcia, nie ze strachu, lecz z wysiłku ciągłego panowania nad sobą. Musiała zachować pełen profesjonalizm. Każde pobranie wymagało skupienia.
— Proszę zacisnąć pięść. — Tak? — Tak, bardzo dobrze. Teraz chwila spokoju.
Po wyjściu pacjentki otworzyła drzwi i zwróciła się do czekających:
— Szanowni państwo, bardzo proszę o cierpliwość. Jestem dzisiaj sama, ale wszystkich przyjmę.
Z końca kolejki odezwał się jakiś mężczyzna:
— To może by pani zadzwoniła po kogoś? — Już zgłaszałam rano. Na razie nikogo nie ma, kto mógłby dojechać. — No pięknie, człowiek na czczo stoi jak na poczcie za dawnych czasów — mruknął. — Rozumiem zdenerwowanie, ale proszę o spokój — odpowiedziała stanowczo.
Wróciła do środka. Napięcie w podbrzuszu stało się już wyraźne i nieprzyjemne. Przy każdym schyleniu się po zestaw do pobrania czuła krótką falę nacisku. Zaczęła poruszać się ostrożniej, siadać i wstawać wolniej. Uśmiech wciąż miała ten sam, tylko odrobinę bardziej wymuszony.
Kolejny pacjent, elegancki mężczyzna koło czterdziestki, przyjrzał jej się uważnie.
— Pani chyba powinna odpocząć. — Dam radę. Proszę podać skierowanie. — Mówię serio. Ma pani twarz, jakby zaraz miała zemdleć. — To tylko intensywny poranek. Proszę usiąść.
Kiedy nakładała stazę, poczuła nagły, silniejszy skurcz pęcherza. Na ułamek sekundy zacisnęła zęby.
— Coś nie tak? — zapytał mężczyzna. — Nie, już wszystko dobrze. Proszę patrzeć w bok.
Pobranie poszło bezbłędnie, ale gdy pacjent wyszedł, Magda na moment oparła czoło o chłodną szafkę. Wiedziała już, że nie chodzi o zwykły dyskomfort. Naprawdę pilnie potrzebowała wyjść do toalety. Każda kolejna minuta robiła się walką.
Spróbowała zadzwonić do rejestracji na parterze, lecz nikt nie odbierał. Pewnie tam też był tłok. Wysłała szybką wiadomość do kierowniczki: „Jestem sama, ogromna kolejka, pilnie potrzebuję choć 5 minut zastępstwa.” Odpowiedź nie przyszła.
Weszła młoda studentka.
— Dzień dobry. — Dzień dobry, proszę usiąść. — Pani przepraszam, ale chyba źle się pani czuje? — Trochę jestem zmęczona. — To może ja poczekam, aż pani odpocznie? — Nie, nie ma takiej potrzeby.
Studentka zdjęła plecak i usiadła.
— Moja mama jest pielęgniarką. Zawsze mówi, że personel medyczny ma najgorzej, bo wszyscy wymagają, a nikt nie pyta, czy wy macie kiedy usiąść. — Coś w tym jest — przyznała Magda, po raz pierwszy z odrobiną bezradnego śmiechu.
Po wyjściu dziewczyny Magda uchyliła drzwi.
— Czy jest tu może ktoś z personelu z góry? Sprzątanie, rejestracja, ktokolwiek? Na dosłownie dwie minuty? — zawołała cicho.
Odezwały się tylko szepty pacjentów. Nikt nie mógł wejść za nią do gabinetu i przejąć obowiązków. Musiała wrócić do pracy.
Minuty dłużyły się niemiłosiernie. Każdy nowy pacjent oznaczał kolejne kilka minut. Magda coraz częściej krzyżowała nogi pod biurkiem, kiedy wpisywała dane do komputera. Stała sztywno, gdy przygotowywała igły i probówki. Czasem milkła na sekundę dłużej niż zwykle, skupiona tylko na tym, by zachować kontrolę.
W pewnym momencie weszła energiczna kobieta około pięćdziesiątki.
— Dzień dobry. Ja tylko glukoza i morfologia. — Proszę dokumenty. — Pani kochana, pani się cała spina. Coś się stało? — Nic poważnego. Dużo pracy.
Kobieta spojrzała na nią przenikliwie i nagle ściszyła głos.
— Ty musisz wyjść do łazienki, prawda?
Magda speszyła się.
— Proszę pani... — No przecież widzę. Sama pracowałam trzydzieści lat w przychodni. Poczekaj.
Zanim Magda zdążyła zaprotestować, kobieta odwróciła się do poczekalni i powiedziała donośnie:
— Ludzie, chwila uwagi! Dziewczyna od rana stoi sama i ledwo już wytrzymuje. Każdy z nas może poczekać trzy minuty. Nikt od tego nie umrze.
W kolejce zapadła cisza. Mężczyzna, który wcześniej narzekał najgłośniej, chrząknął i wzruszył ramionami.
— No jak trzy minuty, to przecież nie problem. Starsza pani dodała: — Niech idzie, dziecko. My poczekamy. Młoda matka przytaknęła: — Jasne, proszę się nie stresować. Syn i tak już zjadł chrupka, więc świat się nie zawali. Ktoś z tyłu zażartował: — Tylko niech nikt nie próbuje wtedy wejść bez kolejki, bo przypilnujemy.
Na twarzy Magdy pojawiło się coś pomiędzy ulgą a wzruszeniem.
— Dziękuję państwu. Naprawdę wrócę jak najszybciej.
Zamknęła gabinet, zdjęła rękawiczki i niemal pobiegła korytarzem do toalety personelu. Dopiero kiedy drzwi za nią się zamknęły, mogła wypuścić z siebie napięcie, które trzymała przez całe przedpołudnie. Ulgę poczuła tak wielką, że przez moment musiała oprzeć się o umywalkę i po prostu odetchnąć. Poprawiła włosy, umyła ręce dłużej niż zwykle, spojrzała w lustro i zobaczyła, jak bardzo była zmęczona: policzki zaróżowione, pod oczami lekki cień, na czole napięcie, które dopiero teraz powoli ustępowało.
— Dobra, Magda — powiedziała do swojego odbicia półgłosem. — Jeszcze trochę.
Kiedy wróciła do gabinetu, z poczekalni dobiegły ją życzliwe komentarze.
— I jak, świat uratowany? — zaśmiał się ten sam mężczyzna w roboczej kurtce. — Zdecydowanie łatwiej się teraz pracuje — odpowiedziała Magda z już autentycznym uśmiechem. — No widzi pani, trzeba było od razu powiedzieć — dodała kobieta, która ją wsparła. — Czasem człowiekowi głupio. — W pracy medycznej nie ma się czego wstydzić. Personel też człowiek.
Atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Magda przyjmowała dalej, ale coś się zmieniło: pacjenci przestali patrzeć na nią jak na bezosobową część systemu, a zaczęli jak na młodą kobietę, która po prostu próbuje uczciwie wykonać trudną pracę. Nikt już nie poganiał. Nikt nie stukał nerwowo butem. Gdy starszy pan dłużej szukał dowodu, nikt nie wzdychał demonstracyjnie. Kiedy dziecko zaczęło płakać, ktoś w kolejce podał mu chusteczkę.
Tuż przed dziesiątą zjawiła się w końcu kierowniczka, zdyszana i wyraźnie przepraszająca.
— Magda, przepraszam, dopiero mogłam się wyrwać. Jak sytuacja? — Już opanowana — odpowiedziała. — Sama to wszystko ogarnęłaś? Z poczekalni odezwał się głos tej samej kobiety: — Sama, ale myśmy jej trochę pomogli rozsądkiem.
Kierowniczka spojrzała po ludziach, zaskoczona.
— W takim razie dziękuję państwu za wyrozumiałość.
Magda przekazała część obowiązków przełożonej i po raz pierwszy tego dnia usiadła naprawdę spokojnie. Usiadła ostrożnie, jak ktoś, kto dopiero teraz czuje całe zmęczenie. Dłonie miała trochę obolałe od zaciskania probówek i otwierania opakowań, plecy sztywne, nogi zmęczone wielogodzinnym staniem. Ale najgorsze minęło.
Po południu, gdy ruch już zelżał, kierowniczka przyniosła jej herbatę.
— Dzisiaj zdałaś prawdziwy egzamin. — Myślałam, że bardziej z cierpliwości niż z diagnostyki. — Jedno i drugie — uśmiechnęła się kierowniczka. — I następnym razem, jeśli trzeba wyjść, to po prostu mów od razu. — Chyba muszę się tego nauczyć. — Tak. Bo profesjonalizm nie polega na tym, żeby cierpieć w milczeniu, tylko żeby umieć zadbać o pracę i o siebie.
Magda zapamiętała te słowa. Tego ranka nauczyła się nie tylko sprawniej organizować chaos i nie tracić opanowania pod presją. Zobaczyła też coś prostego, ale ważnego: że nawet w miejscu, gdzie ludzie zwykle przychodzą zestresowani, głodni, senni i zmartwieni, potrafi pojawić się zwyczajna ludzka życzliwość.
Wieczorem, kiedy zamykała laboratorium, korytarz był już pusty i cichy. Zgasiła światło w gabinecie, zdjęła fartuch i przez chwilę stała przy drzwiach, wspominając poranny tłok, dziesiątki pytań, pośpiech, napięcie i tamten moment, kiedy wydawało jej się, że nie da rady już ani minuty dłużej. A jednak dała. Nie dlatego, że była niezniszczalna, ale dlatego, że w końcu pozwoliła sobie przyjąć pomoc, choćby miała ona postać zaledwie trzech minut cierpliwości od obcych ludzi.
Nazajutrz przyszła do pracy wcześniej, z wygodniejszym strojem, większą butelką wody i mocnym postanowieniem, że choćby kolejka sięgała ulicy, nie będzie już udawać, że nie ma własnych potrzeb. Bo za fartuchem, rękawiczkami i zawodowym spokojem zawsze jest człowiek — i czasem właśnie przypomnienie sobie o tym okazuje się najważniejsze.

Oceń:
Zaloguj się aby ocenić pracę.
Zaloguj się