Opowieść o nieudanym i przełomowym weekendzie kochanków
Rodzaj zadania: Wypracowanie
Dodane: godzinę temu
Streszczenie:
Poznaj opowieść o nieudanym i przełomowym weekendzie kochanków, analizę planu, tęsknoty i spotkania nad stawami Stefanowskiego.
W sobotę miało być inaczej. Jeszcze w piątek wieczorem rozmawiali długo przez telefon, omawiając szczegóły wyjazdu, który miał być ich małą, słodką ucieczką od codzienności. Marzyli o wspólnie spędzonym czasie: długich rozmowach bez świadków, ukradkowych pocałunkach, gorących spojrzeniach wymienianych gdzieś między jednym a drugim łykiem kawy. Chcieli się zatracić w tej krótkiej chwili tylko dla siebie, poza zasięgiem telefonów, własnych rodzin, obowiązków.
Niestety, życie po raz kolejny udowodniło, że nie zawsze da się uciec od tego, co wokół. Los się sprzeciwił, sprawy niecierpiące zwłoki zburzyły ich plany. Sobotni ranek przyniósł niespodziewane przeszkody – ona musiała zostać w domu z chorym dzieckiem, on niespodziewanie został wezwany do pracy. Z każdym kolejnym sms-em narastał w nich żal i niedosyt. Od rana czekali na cud, chociaż ten nie nadchodził. Sobotę spędzili osobno, oddzieleni nie tylko kilometrami, ale jakby grubą, przezroczystą ścianą codzienności. Tęsknili – żadne z nich nie potrafiło się skupić, każde w myślach wracało do tego, co miało się wydarzyć, co zostało zawieszone w próżni niespełnionych planów.
Wieczorem wymienili jeszcze kilka wiadomości. Jedna z nich, krótka, bezpośrednia, nareszcie niosła konkret: — Spotkajmy się jutro rano. Nad stawami Stefanowskiego. Tylko na chwilę.
Nie mogli już wytrzymać tej rozłąki. Poranek, ulotny czas, nim jeszcze rozbudzi się cała Warszawa, wydawał się odpowiedni, by uszczknąć trochę szczęścia, chociaż na piętnaście minut.
Niedziela rozpoczęła się niepozornie – światło o świcie było jasne, lekko mleczne, powietrze pachniało świeżością. Ona wstała pierwsza, z cichym niepokojem wybierając ubranie, które nie rzuci się w oczy, ale sprawi, że poczuje się choć odrobinę wyjątkowa. On wyjechał nieco wcześniej, krążąc autem po okolicznych ulicach, jakby bał się, że jednak coś pokrzyżuje mu plany.
Spotkali się punktualnie, oboje lekko spięci, rozejrzeli się, czy nie ma nikogo znajomego. Park jeszcze był pustawy, tylko gdzieniegdzie mijali pary z psami, starszego pana karmiącego kaczki i kilku biegaczy. Stawy Stefanowskiego lśniły w porannym słońcu, kaczki sunęły gęsiego, woda była gładka i nieruchoma.
Stanęli obok siebie, na chwilę milcząc – w tym momencie nie potrzeba było słów. Jej dłoń delikatnie musnęła jego rękę. Chciała powiedzieć, jak bardzo tęskniła, i że czekała na tę chwilę całą noc. On patrzył na nią trochę z uśmiechem, trochę z niedowierzaniem, że udało im się przechytrzyć szarą rzeczywistość choć na te parę minut.
— Wiesz, myślałem, że już nie wytrzymam tego rozstania – wyszeptał, prawie nie patrząc jej w oczy. — Ja też… — odpowiedziała cicho. — Gdyby nie dziś, chyba zwariowałabym do końca tygodnia.
Przysiedli na ławce pod drzewem, tak by ich nie rzucało się w oczy przechodniom. Rozmawiali półszeptem, dzieląc się wszystkim, co im w duszy grało, jakby przez te kilka minut chcieli nadrobić całą sobotę. Ich spotkanie miało w sobie coś z tajemnicy. Otaczał ich świat zwykłych spacerowiczów, rytm miasta budzącego się do życia, a oni trwali w swoim małym, skradzionym świecie.
To spotkanie – krótkie, niemal niezauważalne dla innych – na zawsze zostanie w ich pamięci. Stało się najważniejszą chwilą tamtego weekendu. Pokazało, że czasem piętnaście minut potrafi wystarczyć, by poczuć się naprawdę kochanym, chociaż przez dłuższą chwilę zdawało się, że to nieosiągalne. I chociaż wrócili do swoich spraw, do obowiązków i udawania, że nic się nie wydarzyło, w sercach zapisali tamtą niedzielę jako dzień, w którym to, co niemożliwe, na chwilę stało się rzeczywistością.

Oceń:
Zaloguj się aby ocenić pracę.
Zaloguj się