Rozszerzona, mroczna historia z meksykańskim klimatem
Rodzaj zadania: Wypracowanie
Dodane: godzinę temu
Streszczenie:
Odkryj mroczną historię z meksykańskim klimatem i rodziną z Wyspy Lalek, by poznać tajemnicę zdjęcia, Xochimilco i narastającego napięcia.
Rodzina z Wyspy Lalek
Rozdział III: Godzina potępionych
Gdy Alicja wzięła dłuższą kąpiel, a jej kosmetyki – z dominującą, słodką nutą borówek – wypełniły cały pokój, ja, jak zawsze, odruchowo sięgnąłem po laptop. To był nawyk silniejszy niż zmęczenie. Kiedy trafiałem na coś niepokojącego, nie potrafiłem tego zostawić. Musiałem wiedzieć. Musiałem drążyć, porównywać, odszukiwać ślady, choćby najbledsze i najbardziej absurdalne.
Usiadłem przy ciężkim, ciemnym biurku ustawionym przy wysokim oknie. Za szybą rozciągało się wieczorne miasto Meksyk – pulsujące, kolorowe, duszne. Z odległych ulic dobiegały dźwięki trąbek, śmiech, szczekanie psów, urywki rozmów i muzyki. W tamtej chwili wszystko jeszcze żyło normalnym rytmem. A jednak w naszym pokoju panowała cisza tak osobliwa, jakby grube hotelowe ściany odcinały nas od świata.
Położyłem fotografię pod lampą.
Im dłużej się w nią wpatrywałem, tym mniej przypominała zwykłe stare zdjęcie. Nie chodziło już nawet o twarze pozbawione rysów. Chodziło o coś subtelniejszego, trudniejszego do uchwycenia. Miałem wrażenie, że układ ciał na zdjęciu zmienia się minimalnie, kiedy odwracam wzrok. Że najmniejsza dziewczynka nieznacznie przechyla głowę. Że kobieta z tylnego planu stoi odrobinę bliżej. Oczywiście tłumaczyłem to zmęczeniem, światłem, autosugestią. Dziennikarz śledczy nie wierzy w duchy tylko dlatego, że zobaczył dziwną fotografię.
Wpisałem najpierw po angielsku, potem po hiszpańsku: Isla de las Muñecas family photo 198, familia de la isla de las muñecas, fotografía sin rostro, leyendas Xochimilco. Wyniki zaczęły pojawiać się szybko, ale były chaotyczne. Turystyczne opisy. Blogi podróżnicze. Filmiki o rzekomo nawiedzonej wyspie pełnej lalek zawieszonych na drzewach. Opowieści o dziewczynce, która miała się utopić w kanałach Xochimilco. Wzmianki o samotnym opiekunie wyspy, który przez lata rozwieszał lalki, aby uspokoić jej ducha.
Czytałem dalej.
W kilku lokalnych wpisach, pisanych dziwnym, urywanym tonem, powtarzał się jednak inny wątek. Nie wyspa dla turystów, nie pocztówkowa makabra z przewodników, lecz pewien stary fragment mokradeł, do którego miejscowi niechętnie się przyznawali. Miejsce położone dalej, poza trasami łodzi, gdzie podobno przez lata znikały zwierzęta, a czasem także ludzie. Jedna z anonimowych relacji wspominała o „rodzinie bez twarzy”, która miała pojawiać się na starych fotografiach znajdowanych po powodziach albo po osunięciu ziemi przy kanałach.
Zacząłem to lekceważyć dokładnie w chwili, gdy zauważyłem coś jeszcze.
Na odwrocie zdjęcia, pod wyblakłym napisem „rok 198 i rodzina z wyspy lalek”, znajdowały się ledwo widoczne ślady, jakby ktoś kiedyś pisał tam drugi tekst i potem próbował go zeskrobać. Przysunąłem lampę bliżej. Widać było tylko kilka liter i urwany kształt słowa. Nie potrafiłem go odczytać, ale wyglądało jak prośba albo ostrzeżenie.
Za moimi plecami rozległo się ciche stuknięcie.
Odwróciłem się gwałtownie. Nic. Tylko zamknięta łazienka, spod której sączyło się ciepłe światło, i skrzynka stojąca na stole. Jej wieko, które wcześniej odsunęliśmy, było teraz uchylone szerzej niż zapamiętałem.
– Alicja? – zawołałem.
– Co? – odpowiedziała z łazienki. Głos miała rozluźniony, zwyczajny.
– Ruszałaś skrzynkę?
– Nie.
Patrzyłem na nią jeszcze chwilę. Drewno wydawało się wilgotne, jakby ktoś przed momentem wydobył je z bagna. W pokoju pojawił się zapach, którego wcześniej nie było: słodkawy, ciężki, gnijący. Nieprzyjemnie mieszał się z borówkowym aromatem kosmetyków Alicji i z żywiczną wonią kopalu.
Wtedy usłyszałem drugi dźwięk.
Nie stuknięcie.
Chichot.
Krótki, dziecięcy, urwany niemal natychmiast.
Poczułem, jak całe ciało sztywnieje. Wstałem tak gwałtownie, że krzesło odsunęło się z głośnym zgrzytem. Otworzyłem szafę, zajrzałem za zasłony, sprawdziłem drzwi na korytarz. Nic. Pokój był pusty. A jednak nie mogłem się pozbyć wrażenia, że nie jesteśmy sami.
Alicja wyszła z łazienki owinięta hotelowym szlafrokiem. Mokre włosy opadały jej na ramiona. Spojrzała na mnie i od razu zauważyła, że coś jest nie tak.
– Co się stało?
– Słyszałem dziecko.
Uśmiechnęła się słabo, ale bez przekonania.
– To hotel. Pewnie z korytarza.
– Nie. To było tutaj.
Podeszła do stołu i spojrzała na fotografię. Jej twarz zmieniła się natychmiast, jakby odpłynęła z niej krew.
– Jack… – powiedziała ciszej. – Mam wrażenie, że wcześniej jedna z tych dziewczynek miała ręce splecione na kolanach.
Spojrzałem.
Teraz jedna z małych postaci rzeczywiście miała prawą dłoń opuszczoną wzdłuż sukni.
– Wydaje ci się – rzuciłem odruchowo, choć sam już w to nie wierzyłem.
Alicja nie odpowiedziała. Wyciągnęła z torby jedno z kupionych na targu kadzideł kopalu, zapaliła je hotelową zapałką i zatoczyła nim krąg nad stołem. Dym unosił się powoli, gęsty i biały, lecz zamiast rozpraszać napięcie, zaczął zachowywać się nienaturalnie. Nie szedł ku górze. Opadał w stronę zdjęcia i skupiał się nad twarzami postaci, jakby zasysała go sama fotografia.
Przez chwilę oboje milczeliśmy.
– Nie podoba mi się to – powiedziała w końcu Alicja. – Naprawdę mi się to nie podoba.
Po raz pierwszy od lat słyszałem w jej głosie autentyczny strach.
Rozdział IV: Kanały umarłych
Tej nocy długo nie mogliśmy zasnąć. Miasto za oknem wciąż hałasowało, lecz ten zewnętrzny gwar tylko podkreślał ciszę panującą w pokoju. Około drugiej nad ranem obudził mnie dźwięk przypominający skrobanie paznokciami po drewnie.
Skrzynia.
Dźwięk dobiegał dokładnie stamtąd.
Usiadłem na łóżku, zdezorientowany, z ciężką głową. W pokoju panował półmrok. Czerwone lampki z ulicy wpadały przez zasłony, rysując na ścianach rozmyte, krwawe refleksy. Alicja spała obok mnie niespokojnie, marszcząc brwi.
Skrobanie powtórzyło się. Powolne. Uparte. Jakby coś małego próbowało wydostać się ze środka skrzyni, choć przecież była pusta poza fotografią.
Wstałem i podszedłem kilka kroków bliżej.
Wtedy usłyszałem szept.
Nie z zewnątrz, nie zza ściany. Z samego środka pokoju. Głos był dziecięcy, ale jednocześnie zachrypnięty, jakby gardło mówiącej istoty pełne było błota.
– Mamá…
Zamarłem.
Alicja poderwała się na łóżku.
– Ty też to słyszałaś? – zapytałem.
Skinęła głową, szeroko otwierając oczy.
W tej samej sekundzie drzwi łazienki, które zostawiliśmy uchylone, zamknęły się z hukiem. Światło w pokoju zaczęło migotać. Z sufitu dobiegł suchy trzask. W powietrzu zrobiło się lodowato, zupełnie nieludzko, jakby ktoś otworzył drzwi do zimnicy pod kościołem.
Alicja sięgnęła po fotografię szybciej ode mnie. Gdy tylko jej palce dotknęły ramki, krzyknęła i wypuściła ją na łóżko.
– Parzy? – spytałem.
– Nie. Jest zimna. Za zimna. Jak skóra topielca.
Na jej dłoni pojawił się ciemny, wilgotny ślad błota.
Spojrzeliśmy na zdjęcie. Jedna z dziewczynek nie stała już obok rodziców.
Była bliżej.
O wiele bliżej przedniego planu, jakby właśnie zrobiła krok w stronę osoby patrzącej.
Przez resztę nocy nie zmrużyliśmy oka. O świcie podjęliśmy decyzję, której wcześniej żadne z nas nie chciało wypowiedzieć na głos. Musieliśmy jechać na wyspę. Jeśli to miejsce rzeczywiście było źródłem tego przedmiotu, tam znajdowała się też odpowiedź. Alicja, mimo lęku, myślała dokładnie tak samo jak ja. Oboje mieliśmy tę samą wadę: kiedy coś stawało się zbyt straszne, nie uciekaliśmy. Schodziliśmy głębiej.
Wczesnym popołudniem znaleźliśmy przewoźnika w okolicach Xochimilco. Był niski, szczupły, o skórze spalonej słońcem i twarzy człowieka, który w życiu widział więcej, niż chciałby pamiętać. Kiedy pokazaliśmy mu fotografię, pobladł.
– Nie pojadę tam – powiedział od razu po hiszpańsku.
Zapłaciłem podwójnie. Potem potrójnie. W końcu spojrzał na nas tak, jak patrzy się na ludzi już częściowo straconych.
– Mogę was zawieźć tylko do kanału. Dalej pójdziecie sami. Jeśli usłyszycie dzieci w trzcinach, nie odpowiadajcie. Jeśli zobaczycie lalkę bez oczu, nie dotykajcie jej. A jeśli w wodzie zobaczycie własną twarz… nie patrzcie drugi raz.
Nie uznałem tego za dowcip.
Płynęliśmy trajinerą przez coraz węższe kanały. Początkowo wokół nas było jeszcze gwarno: łodzie z muzyką, sprzedawcy jedzenia, rodziny świętujące, zapach pieczonej kukurydzy, chili, limonki i smażonego mięsa. Meksyk w całej swojej hałaśliwej, zmysłowej pełni. Kolory, śmiech, śmierć oswojona jak bliska krewna. Ale im dalej odpływaliśmy od centrum, tym bardziej ten świat cichł.
Muzyka zamilkła jako pierwsza.
Potem zniknęły inne łodzie.
Woda zrobiła się ciemniejsza, prawie czarna. Nad kanałami wisiała mgła, choć dzień był jeszcze jasny. Z trzcin wystawały porzucone lalki. Jedne bez głów, inne bez nóg, inne z twarzami rozszarpanymi przez wilgoć, pleśń i czas. Większość wisiała na drzewach, przywiązana brudnymi sznurkami. Ich plastikowe oczy były zamglone, popękane, ale niektóre wyglądały tak, jakby właśnie nas śledziły.
Alicja siedziała obok mnie nieruchomo, ściskając ramkę ze zdjęciem owiniętą w chustę. Jej knykcie pobielały.
– Czujesz to? – szepnęła.
Czułem. Powietrze pachniało mułem, gnijącą roślinnością i kadzidłem. Jakby ktoś odprawiał mszę dla umarłych pośrodku bagna.
Przewoźnik zatrzymał łódź przy zwalonym, spróchniałym pomoście.
– Dalej nie – powiedział. – Będę czekał do zmroku. Jeśli nie wrócicie przed pierwszą gwiazdą, odpływam.
Wysiedliśmy.
Deski pod nogami były śliskie i miękkie od wilgoci. Przed nami rozciągała się wyspa – jeśli w ogóle można to było nazwać wyspą. Bardziej pas kępek ziemi, korzeni, trupio białej mgły i drzew obwieszonych lalkami. Setki. Może tysiące. Małe, duże, całe i połamane. Niektóre miały dziecięce sukienki sprzed dekad, inne tylko brudne torsy i kikuty. Wśród nich wisiały wstążki, zasuszone kwiaty, medaliki, fragmenty różańców i ofiary z jedzenia.
W głębi wyspy stała kapliczka z Santa Muerte. Biała figura świętej śmierci była upstrzona zaschniętym woskiem i plamami czegoś brunatnego, co nie wyglądało jak wino.
Nagle gdzieś z lewej strony dobiegł nas delikatny śmiech.
Potem drugi.
A potem odgłos plusku, jakby ktoś biegał bosymi stopami po płytkiej wodzie.
– Nie odwracaj się od razu – wyszeptała Alicja.
Ale było już za późno. Spojrzałem.
Między drzewami, w mgle, stała mała dziewczynka w białej sukni. Włosy miała ciemne i mokre, przyklejone do głowy. Twarzy prawie nie było widać, bo zasłaniał ją cień, lecz coś w jej sylwetce sprawiło, że poczułem mdłości. Nie poruszała się. Po prostu stała, lekko przechylona, z jedną ręką opuszczoną wzdłuż ciała. Dokładnie tak jak postać na zdjęciu.
Mrugnąłem.
Dziewczynki już nie było.
Wtedy Alicja ścisnęła mnie za ramię tak mocno, że aż syknąłem z bólu. Wskazała przed siebie.
Na ścieżce, tuż przy kapliczce, leżało drugie zdjęcie.
Podniosłem je ostrożnie. Było równie stare, równie wyblakłe. Przedstawiało tę samą rodzinę, lecz w innym ujęciu. Tym razem jedna z dziewczynek była rozmazana, jakby poruszała się w chwili robienia fotografii. Na odwrocie nie było daty. Był tylko krótki napis po hiszpańsku, wykonany nerwowym pismem:
No los dejen entrar.
Nie wpuszczaj ich.
Rozdział V: Ofrenda dla bezimiennych
Im dalej szliśmy, tym bardziej wyspa przestawała przypominać realne miejsce. Gałęzie drzew splatały się nad nami jak sklepienie jakiejś pogańskiej świątyni. Lalki poruszały się bez wiatru. Nie wszystkie, tylko pojedyncze. Jedna obracała głowę o milimetry. Druga kiwała się miarowo, choć powietrze stało w miejscu. Trzecia miała odwrócone oczy, jakby ktoś przed chwilą przekręcił je palcem od środka.
Dotarliśmy do niewielkiej polany, na której ziemia była ciemniejsza i miękka. W samym środku rosło ogromne, martwe drzewo, rozdarte od pnia aż po najwyższe konary. To z niego, jak mówił starzec, wyciągnięto zdjęcie.
Wokół korzeni ustawiono ofrendas – meksykańskie ołtarzyki dla zmarłych. Nie były jednak takie jak te, które widzieliśmy wcześniej w mieście, barwne i ciepłe, pełne świec, pomarańczowych aksamitków, słodkiego pan de muerto i rodzinnych fotografii. Te były wypaczone. Kwiaty sczerniały. Świece zastygły w zdeformowanych kształtach, jakby topiono je setki razy. Zamiast owoców leżały małe kości ptaków, zaschnięte gałki oczne zwierząt i pukle dziecięcych włosów przewiązane czerwonymi nitkami.
Alicja zakryła usta dłonią.
– Ktoś tu naprawdę odprawiał rytuały.
Przykucnąłem przy pniu. W szczelinie drewna dostrzegłem coś błyszczącego. Był to medalik z Matką Boską z Guadalupe, prawie całkowicie wciśnięty w martwe włókna drzewa, jakby pień go pożerał. Obok leżał zbutwiały fragment materiału, może sukienki dziecka.
Wtedy ziemia pod naszymi stopami lekko zadrżała.
Nie mocno. Ledwie zauważalnie. Ale wystarczyło, by kilka lalek zawieszonych nad nami zaczęło kołysać się jednocześnie.
Alicja odsunęła się o krok.
– Jack, musimy stąd iść.
Nie zdążyłem odpowiedzieć. Z pnia dobiegł głuchy, mokry trzask.
Szczelina poszerzyła się sama z siebie.
Ze środka buchnęło lodowate powietrze i odór zastałej wody. Cofnęliśmy się odruchowo. W mroku wnętrza pnia coś się poruszyło. Najpierw pomyślałem, że to korzenie. Potem zrozumiałem, że patrzę na ludzkie palce. Cienkie, blade, nienaturalnie długie, oblepione czarnym mułem.
Alicja krzyknęła.
Dłoń wysunęła się bardziej, chwytając powietrze. Za nią pojawiła się druga. A potem z wnętrza drzewa zaczęła wyłaniać się twarz — a raczej jej brak. Gładka, napięta powierzchnia skóry tam, gdzie powinny być oczy i usta. Tak samo jak na zdjęciu.
Poczułem, że umysł odmawia mi przyjęcia tego obrazu.
Jednak to coś było prawdziwe. Ocierało się o korę. Rodziło się z martwego drewna jak z łona.
Wokół nas rozległy się dziecięce głosy. Najpierw pojedyncze, potem dziesiątki. Szepty, nawoływania, płacz, urywany śmiech. Drzewa odpowiadały im skrzypieniem. Lalki zaczęły poruszać się coraz gwałtowniej. Jedna spadła tuż obok mnie, rozbijając plastikową twarz o ziemię. Z wnętrza jej głowy wysypały się żywe, białe larwy.
– Zdjęcie! – wrzasnęła Alicja. – Zrób coś ze zdjęciem!
Wyciągnęła fotografię z chusty i bez wahania rzuciła ją na ziemię przed pniem. W tej samej chwili istota cofnęła się o kilka centymetrów, jakby uderzyło ją niewidzialne światło.
Zrozumiałem wtedy coś prostego i przerażającego. To nie była pamiątka. To był rodzaj drzwi. Naczynie. Zaproszenie.
Alicja, działając szybciej ode mnie, wyrwała z najbliższego ołtarzyka grubą świecę, podpaliła od niej róg starej fotografii i cisnęła płonący papier pod korzenie drzewa.
Płomień buchnął gwałtownie, nienaturalnie wysoko, jakby drewno od lat czekało tylko na iskrę. Rozległ się dźwięk, którego nigdy nie zapomnę. Nie był to ludzki krzyk, nie zwierzęcy skowyt, lecz przeciągły jęk wielu gardeł naraz. Jęk tak pełen rozpaczy, że aż bolały od niego zęby.
Z mgły zaczęły wyłaniać się sylwetki.
Cała rodzina.
Wysoki mężczyzna w ciemnym garniturze. Kobieta z rękami wyciągniętymi przed siebie. Troje dzieci, z czego najmniejsze miało przechyloną głowę pod nienaturalnym kątem. Wszystkie bez twarzy. Wszystkie szły powoli ku nam.
Płonące zdjęcie zwijało się i czerniało, ale oni nie znikali. Przeciwnie — jakby na moment stali się bardziej materialni. Ich stopy rozchlapywały błoto. Dłonie drżały. Nie było w nich życia, tylko głód wejścia tam, gdzie nie powinno ich być.
Alicja złapała mnie za rękę.
– Biegniemy!
Ruszyliśmy przez wyspę na oślep, przewracając się o korzenie i porzucone lalki. Za plecami słyszeliśmy szuranie wielu kroków, plusk wody i dziecięcy płacz, który raz brzmiał jak błaganie, a raz jak śmiech. W pewnej chwili coś chwyciło mnie za kostkę. Spojrzałem w dół – to nie była ręka człowieka, lecz oderwana lalcza dłoń opleciona mokrą czerwoną nitką. Kopnąłem ją z całej siły i pobiegłem dalej.
Gdy wypadliśmy na pomost, przewoźnik już wstawał, jakby gotów odcumować bez nas.
– Rápido! – krzyknął.
Wskoczyliśmy do łodzi dosłownie w ostatniej chwili. Przewoźnik odepchnął się drągiem z taką siłą, że trajinera zakołysała się niebezpiecznie. Spojrzałem za siebie.
Na brzegu, pośród lalek i mgły, stała tamta rodzina.
Nie ruszali się.
Patrzyli — choć nie mieli czym patrzeć.
Najmniejsza dziewczynka uniosła powoli rękę i pomachała mi w milczeniu.
Rozdział VI: Cień wraca do domu
Do hotelu wróciliśmy w stanie, którego nie potrafię opisać inaczej niż jako półobłęd. Przewoźnik nie wziął od nas reszty. Gdy tylko wysiedliśmy, splunął trzy razy przez lewe ramię, przeżegnał się i odpłynął bez słowa.
W pokoju panował bałagan, choć przecież zostawiliśmy go uporządkowanego. Szuflady były uchylone. Nasze ubrania częściowo wysunięte. A na stole, gdzie wcześniej stała skrzynka, leżała tylko cienka warstwa czarnego, wilgotnego mułu.
Skrzyni nie było.
A przecież nikt z obsługi nie miał prawa jej zabrać.
Na lustrach w łazience, na zaparowanej powierzchni, widniały dziecięce ślady palców. Pięć długich smug. Pod nimi ktoś narysował nieregularne kółka przypominające twarze bez oczu.
Alicja rozpłakała się po raz pierwszy od początku tej historii. Nie histerycznie. Cicho. Jak człowiek, który dotarł do granicy własnej odwagi.
Chciałem ją objąć, ale sam drżałem.
Jeszcze tej samej nocy zmieniliśmy lot i wróciliśmy do Stanów. Przez całą drogę powrotną powtarzałem sobie, że to koniec. Że spaliliśmy zdjęcie. Że zostawiliśmy tamten koszmar na wyspie pośród bagien, lalek i brudnej wody.
Byłem idiotą.
Gdy odebraliśmy dzieci od babci, wszystko wydawało się normalne. Syn rzucił mi się na szyję. Córeczka śmiała się, pokazując nowe zabawki. Dom pachniał obiadem, cynamonem i codziennością. Przez kilka godzin niemal wierzyłem, że można jeszcze wrócić do dawnego życia.
A potem nasz syn spojrzał na mnie i powiedział z dziecięcą prostotą:
– Tato, dlaczego ta dziewczynka stała dziś rano pod moim oknem?
Krew zastygła mi w żyłach.
– Jaka dziewczynka?
– Ta mokra. W białej sukience. Nie miała buzi.
Alicja wypuściła z rąk kubek. Rozbił się o podłogę.
Syn nie żartował. Mówił spokojnie, nawet z pewnym zaciekawieniem, jak dzieci opowiadają o czymś niezwykłym, czego nie rozumieją jeszcze jako zagrożenia.
Tamtego wieczoru pobiegłem do piwnicy, do naszej kolekcji.
W muzealnej gablocie, pośród setek bezpiecznie oprawionych fotografii, na samym środku stała czarna, wilgotna skrzynka przewiązana pękniętym skórzanym rzemieniem.
Tym razem była zamknięta.
A ze środka dobiegało ciche, rytmiczne skrobanie.

Oceń:
Zaloguj się aby ocenić pracę.
Zaloguj się